Smoczek gryzak i sens jego zakupu

Ponad miesiąc temu, dokładnie 2 grudnia 2017 roku doszedł do mnie smoczek gryzak firmy Baby Ono. Zakupiłam go przez internet, więc nie napiszę Wam gdzie na 100% znajdziecie go stacjonarnie (choć raz rzuciło mi się w oczy w Smyku). Sam produkt nie kosztuje więcej niż 12 zł, więc cena dodatkowo kusi, by kupić i wypróbować 🙂 A przynajmniej mnie skusiła 😉

Zacznę może od tego w jaki sposób moja córka traktuje wszystkie gryzaki. Otóż ona je po prostu maltretuje na wszelkie sposoby, po czym jak choć trochę stracą swój chłód – wyrzuca i już nie chce ich gryźć. Tak samo było w przypadku też i tego gryzaka. Także pod tym względem mnie nie oczarował 🙁

 Smoczek gryzak, który zakupiłam posiada silikonową nakładkę z uwypukleniami, który idealnie dopasowuje się do dziąsełka malucha już po (podobno) 3 miesiącu życia. Szczerze Wam napiszę, że producent pisząc, że ten gryzak jest od 3. miesiąca życia chyba trochę przesadził. Wydaję mi się, że jakby tą granicę przesunął o 3 miesiące to było by dobrze. Patrycja miała 6 miesięcy i na początku było jej ciężko, ale szybko się nauczyła. Gryzak jest lekki i co ważne, nie zawiera bisfeonu A (jest to organiczny związek chemiczny z grupy fenoli, który nie działa korzystnie na zdrowie człowieka). Czyli jest bezpieczne dla Naszych pociech 😉

Bardzo duży plus tego produktu jest taki, że posiada on szczelne zamknięcie, dzięki czemu po użyciu można gryzak zamknąć i schować ponownie do lodówki. Nie ma wtedy obaw, że zapach z jedzenia przeniesie się na produkt, a wszelkie bakterie nie dostaną się w niepożądane miejsca.

Mój dzisiejszy post to nie jest typowa recenzja produktu. Pozwólcie, że wyrażę w nim moją opinię i opiszę, dlaczego w ogóle zdecydowałam się na zakup tego smoczka gryzaka.

Otóż któregoś razu na jednym z forów znalazłam właśnie ten produkt polecany przez jedną z mam, która dodała, że jej dziecko męczyło się przy ząbkowaniu, a gryząc go następnego dnia pojawił się już ząbek. Wiem, wiem, brzmi trochę jak z reklamy. Jednak łudziłam się, że ten gryzak będzie wyjątkowo inny od tych wszystkich, które miała Patrycja, i o które się tylko potykałam, bo zaraz lądowały na podłodze. Bardzo się pomyliłam. Okazał się on zwykłym gryzakiem i po półtora miesiąca, Patrycji nadal nie pokazały się ząbki 🙁

Jedno jest pewne: w ząbkowaniu gryzaki na pewno wiele pomagają, ale do tego czasu Patrycji nie śpieszno. Być może, gdy zęby będą jej wychodzić zmienię swój pogląd. Jeżeli coś się zmieni na pewno dam znać 😉 A tymczasem pokażę Wam jej 5 minut z tym produktem (kiedy to jeszcze był chłodny i chętnie go gryzła) 😀

Do następnego, Kochani! 😉

Canpol babies – konkurs?

Moi drodzy, jakiś czas temu w blogosferze Canpol babies pojawiła się nowa edycja. Tym razem do zgarnięcia jest 30 zestawów, które otrzyma 15 testerek i 15 organizatorek konkursu, z których każda otrzyma po 1 zestawie do swojego konkursu.

Do zgarnięcia jest sterylizator wraz z dwiema butelkami (dużą i małą) „Little Cutie”. Nie ukrywam, że są to przydatne akcesoria, a sam sterylizator bardzo wygodny nawet dla rodziców.

W tym miesiącu, zamiast testować, postanowiłam zorganizować dla Was konkurs. Jeżeli mi się uda to polecam brać udział w zabawie 😀

Tymczasem nie pozostaje mi nic innego jak zaprosić wszystkich blogujących rodziców do brania udziału w tej edycji. Można przetestować produkty bądź zorganizować konkurs na swoim blogu. Wystarczy wejść w link do BLOGOSFERY , a wszystkiego dowiecie się na miejscu 😉 Można się zgłaszać do 31 stycznia.

Trzymajcie kciuki za mnie, a Wam życzę powodzenia 🙂

Recenzja zestawu pielęgnacyjnego Canpol babies

Firma Canpol babies jest liderem polskiego rynku akcesoriów dla niemowląt. Dostarczają swoim konsumentom pełną gamę produktów w zakresie karmienia, opieki, pielęgnacji, zabawy oraz biezpieczeństwa niemowląt i małych dzieci.

Zgłaszając się po raz pierwszy do testowania zestawu pielęgnacyjnego nie wierzyłam, że mi się uda. Jednak udało się i wraz z Patrycją zostałyśmy zakwalifikowane do przetestowania aspiratorka do noska, okrycia kąpielowego z kapturkiem, dziecięcej myjki do kąpieli oraz termometra elektronicznego. Jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia przesyłka dotarła już pod Nasz adres.

Aspirator do noska

Zacznę od tego produktu, ponieważ z całego zestawu najbardziej Nam się spodobał. Wyrób przeznaczony jest dla dzieci poniżej 3. roku życia, które nie potrafią jeszcze wydmuchiwać wydzieliny z nosa. Aspirator jest przechowywany w specjalnie dla Niego przeznaczonym plastikowym pudełeczku z napisem nazwy firmy. Otwiera i zamyka się go bardzo łatwo.

Po otwarciu pojemnika widzimy aspirator ułożony w taki sposób, aby rurka w żadnym miejscu się nie wygięła. Dzięki takiemu przechowywaniu produkt będzie dłużej użytkowany. Po jednej stronie rurki znajduje się silikonowy ustnik, a po drugiej stronie końcówka aspiratora, którą wsuwa się delikatnie do noska dziecka.

W opakowaniu znajdują się dwie takie same wymienne końcówki zachęcające do częstej wymiany. Końcówkę aspiratora bardzo łatwo można wyczyścić, gdyż zawiera ona otwór, do którego zmieści się np. patyczek do uszu i wyczyści całą wydzielinę, która tam się zachowała.

Czyszczenie noska Patrycji do tej pory wiązało się u Nas z wrzaskiem, płaczem i odpychaniem całym ciałem. Dlatego tym większa okazała się satysfakcja, gdy po raz pierwszy Patrycja dała sobie oczyścić nos bez zbędnej histerii. Napiszę Wam szczerze, że przed porodem stanęłam przed wyborem zakupu gruszki bądź właśnie aspiratora. Od razu zdecydowałam, że gruszka będzie lepsza. Teraz zrozumiałam, dlaczego wszyscy tak wychwalali aspiratory. Dopiero teraz. Patrycja widząc  mnie z rurką w buzi uśmiechała się, bo w końcu jakby nie patrzeć, to ciekawy widok 😉 Od razu wyciągała ręce, a ja przy okazji czyszczenia nosa mogłam zaciekawić ją jeszcze bardziej.

okrycie kąpielowe z kapturkiem

Przyjemny w dotyku ręcznik o wymiarach 80 cm x 95 cm, który służy do otulania dziecka po kąpieli. Z jednej strony jest miękki i delikatny. Z drugiej jednak strony (z tej, z której wyciera się ciało) jest nie co bardziej szorstki, lecz nie na tyle , by podrażnić skórę dziecka. Ta różnica obu stron powoduje, że doskonale wchłania resztki wody i pozwala utrzymać ciepłotę ciała.

Na ręczniku znajduje się metka z informacją, z czego owy produkt się składa oraz z nadrukowanymi symbolami używanymi w odzieżownictwie. Na szczęście metka jest wszyta w takim miejscu, by w żaden sposób dziecku nie uwierało na gołym ciałku. Przy jednym rogu jest wszyty kapturek, który chroni mokrą głowę dziecka przed oziębieniem. Jest to bardzo dobre, zwłaszcza podczas zimy. Na kapturku znajduje się przyjemna dla oka grafika słonika, która kojarzy mi się tylko z Canpolem. Cały obwód ręcznika został podszyty biało-niebieską tasiemką w kratkę, co dodatkowo dodaje uroku temu produktowi. Tasiemka zakończona jest nad kapturkiem, tworząc uchwyt do powieszenia ręcznika na wieszaku. Niektórym może się to wydawać błahą sprawą, jednak uchwyt do powieszenia jest bardzo istotny. Dzięki temu ręcznik schnie, a nie się „kisi”. Nie namnażają się bakterie, co pozwala użyć go jeszcze raz bądź dwa razy zanim trafi do prania.

dziecięca myjka do kąpieli

Wykonana została z tej samej tkaniny, co ręcznik z kapturkiem (bawełniana frotta). Od środka, czyli tam, gdzie ma styczność z naszą dłonią, jest miękki i delikatny materiał. Natomiast ten nie co bardziej szorstki pełni funkcję myjącą ciało maleństwa. Krawędź otworu, przez który wkładana jest ręka została obszyta tym razem niebieską tasiemką, która moim zdaniem również dodaje uroku. Tak samo jak pisałam o ręczniku, tak samo i tutaj widać uchwyt do powieszenia na haczyk. Traktuję to jako duży plus, właśnie ze względu na wyżej wymienione bakterie. Produkt również ma wszytą metkę w wygodnym dla mnie i mojego dziecka miejscu.

Produkt zdecydowanie spełnia swoją funkcję. Jednak myjka zawiodła mnie pod względem wygody jej użytkowania. Podczas mycia (a jeszcze jesteśmy na tym etapie, że jedną ręką trzymam Patrycję, drugą ją myję) wchłonięta woda działała jak ciężarek i myjka po prostu spadała mi z dłoni. Nie mając już rąk (bo mam tylko dwie 😉 ) musiałam pomagać sobie… zębami. Jest to jedyny, ale bardzo istotny według mnie, minus dziecięcej myjki do kąpieli.

termometr elektryczny

Na sam koniec zostawiłam najtrudniejszy do zrecenzowania przeze mnie produkt. Według mnie to właśnie on z całego zestawu ma największą wadę.

Termometr jest przechowywany w przeźroczystym plastikowym pojemniczku o bardzo łatwym otwarciu. Na środku pudełeczka jest przyklejony napis „Canpol babies” z charakterystycznym dla tej firmy słoneczkiem.

Urządzenie ma ponad 13 cm długości. Posiada giętką końcówkę, co sprawia, że wygodniej dziecku trzymać termometr pod pachą. Produkt ten posiada wyświetlacz cyfrowy, a cyfry, które się na nim pokazują są dobrze widoczne. Tuż obok wyświetlacza znajduje się włącznik/wyłącznik oznaczony charakterystycznym słoneczkiem. Być może producent chciał, by ten symbol kojarzył się z ciepłem, które wydziela człowiek podczas podwyższonej temperatury. Jak wiadomo dzieci lubią obrazki i lubią skojarzenia. Także brawo za pomysłowość. Przycisk jest łatwy do użytkowania. Wystarczy delikatnie przycisnąć aby termometr się włączył lub wyłączył.

Producent w instrukcji załączonej do opakowania daje konsumentowi do wyboru trzy opcje pomiaru temperatury:

  1. w ustach (pod językiem)
  2. pod pachą
  3. rektalnie (przez odbyt)

Każda z podanych opcji jest w jakimś stopniu przydzielona do wieku dziecka. Dla mojej córki, która ma prawie 7 miesięcy, najlepszy okazał by się pomiar metodą rektalną. Zmierzenie temperatury przez odbyt trwa do minuty czasu. Jednak nie każdy ma odwagę stosować tę metodę. Ja osobiście, spośród tych trzech punktów, wybrałam opcję nr 2, czyli pomiar spod pachy. Utrzymać 7-miesięcznemu dziecku termometr pod pachą przez 5 minut (zgodnie z instrukcją) to nie lada wyzwania dla rodzica. Jednak po przetestowaniu tej opcji mogę Wam szczerze napisać, że da się. Wraz z Patrycją znalazłyśmy sposób na bezstresowe zmierzenie temperatury małemu dziecku metodą spod pachy. Sadzałam Patrycję na swoich kolanach jednocześnie podtrzymując jej rączkę, by termometr nie wypadł, a ona w tym czasie zajmowała się swoim ulubionym pluszakiem.

Termometr sam w sobie ma wiele zalet, które wymieniłam wyżej. Jednak fakt, ile jest zachodu z tym, by zmierzyć takiemu małemu dziecku temperaturę tym urządzeniem, jest dla mnie zniechęcający.

Buraczana Zupka Jarzynowa – relacje z kuchni

W sierpniu tego roku, gdy Patrycja miała dopiero 2 miesiące zakupiłam w znanym Nam wszystkim markecie („Biedronka”) książkę, którą tak naprawdę zaczęłam użytkować parę dni temu. Książka nosi tytuł „U malucha na talerzu” autorek Marty Jas-Baran oraz Tamary Chorążyczewskiej. Leżała w koszach z promocjami i szczerze mówiąc trafiłam na nią przez przypadek. Szukałam wtedy jednej (innej) książki, a zakupiłam je obie 😉 Jeżeli ktoś miałby dylemat przed jej zakupem to serdecznie polecam.

Zawsze powtarzam, że jedzenie zrobione przez Nas samych dla Naszych pociech jest o wiele lepsze niż te ze słoiczków. To nie znaczy, że słoiczków nie podajemy Patrycji. Są dni, kiedy one Nas ratują 😉

Jeszcze przed Sylwestrem chwaliłam się na moim fanpage’u potrawą zrobioną z przepisu właśnie z wyżej opisanej książki. Patrycja oczywiście uczestniczyła na początku w tym procesie krzycząc i piszcząc w swoim nowym krzesełku, który dostała od dziadków 😛 Jednak tego dnia mój P. był w domu i mogłam spokojnie ją mu podrzucić, by oszczędzić sobie uszu 😉 Także ja skakałam w kuchni, by jedzenie dla niej było zjadliwe 😉 a Patrycja siedziała później z tatą w pokoju. Swoją drogą – jaka ona jest wpatrzona w niego :O Wasze dzieciaczki też tak lgnęły do swoich tatusiów? To zdecydowanie będzie córeczka tatusia.

Buraczana Zupka Jarzynowa

Składniki:

  • 3 cienkie plastry średniego buraka
  • 2 średnie ziemniaki
  • 1 mała marchew
  • ok. 20 g mięsa indyka lub kurczaka bez skórki (ja dałam kawałek mięsa z indyka)
  • 1 mała łyżeczka oliwy z oliwek lub niskoerukowego oleju rzepakowego (ja dodałam oliwy z oliwek)
  • niepełna łyżeczka kaszy manny
  • szczypta posiekanego koperku do smaku

Przygotowanie:

Umyte i obrane warzywa kroimy w duże talarki. Wrzucamy do wrzątku i trzymamy pod przykryciem na niewielkim ogniu póki warzywa nie będą miękkie (około 20-30 minut). Na 5 minut przed końcem gotowania wsypujemy kaszę mannę.

Osobno gotujemy mięso. Zasada jest ta sama co z warzywami – gotujemy do momentu, gdy mięso będzie miękkie (około 30-40 minut).

Warzywa i mięso blendrujemy z częścią wywaru warzywnego i dodajemy oliwę z oliwek. Łączenie wywaru warzywnego jest wedle uznania. Jeżeli ktoś chce uzyskać typową zupkę o konsystencji rzadkiej – dodaje wtedy więcej wywaru. Ja osobiście wolę, gdy jest nieco bardziej papkowata konsystencja. Dlatego wywaru dałam nieco mniej.

Po zblendrowaniu całości i uzyskaniu pożądanej konsystencji zupki posypujemy koperkiem i ponownie gotujemy na małym ogniu, przez około 5 minut, często mieszając.

Czas przygotowania to mniej więcej 2 godziny.

Potrawa jest przeznaczona dla dzieci po 6 miesiącu życia.

Oczywiście przyrządzając potrawę musiałam użyć własnej głowy (nie, żebym z niej nie korzystała 😉 ) i trochę zmodyfikowałam przepis. W książce opisane to zostało na 1 porcję. Po mojej modyfikacji starczyło nam na trzy dni i jeszcze trochę poszło do zamrożenia 🙂

Na zakończenie dodam, że Patrycji smakowało. A to były aż dwa nowe smaki: burak i koperek. Pierwsze lody przełamane i zniosła to bardzo dobrze. Polecam, odczuwa się niesamowitą satysfakcję i dumę 🙂

Pozdrawiam i do usłyszenia w kolejnym poście 😀

Życie jedynaka. Jak ja to widzę?

Piszę dla Was po wielu edycjach. Zmęczona, niewyspana, po części też bez nastroju. Ale wpis wydaje mi się na tyle ważny, że wymaga on głębszego przemyślenia i dopiero wylania tego dla Was na „kartkę” bloga.

Mój dzisiejszy post chciałabym poświęcić osobom, które tak jak ja, są jedynakami. Chciałabym rozwiać wszelkie stereotypy i pokazać jak to wygląda od środka. Oczywiście mój wpis nie odda tego wszystkiego z czym zmagają się jedynacy, ale przekażę Wam choć namiastkę tego jak wygląda życie jego oczami.

Moimi oczami.

Jedynak to osoba nie mająca rodzeństwa. Niektórzy mogą myśleć, że czuje się samotna przez to. Otóż nic bardziej mylnego. Wyobraźcie sobie, że Wasze jedyne dziecko kończy szkołę średnią, idzie na studia, wyprowadza się. Co wtedy czujecie? Koniec prania jego brudnych ciuchów. Koniec ciągłego wołania „Mamoooo!” albo „Tatooo!” albo mówienia na odczepnego „zaraz…”. Koniec pilnowania, żeby dziecko zjadło zdrowy posiłek, nad którym stałaś godzinę lub dwie. Koniec zebrań, których tak naprawdę nie lubisz, ale chodzisz, bo to dotyczy Twojego dziecka. Napiszę Wam co ja bym czuła, gdyby to wszystko się skończyło. Przede wszystkim dumę, że wraz z mężem daliśmy radę. Na pewno czułabym się wolna i  w końcu niezależna od dziecka. Jednak po części pozostałaby pustka. Dziecko dorasta, wyfruwa z gniazda i uświadamiasz sobie, że to ono jest Twoim całym światem (i to dosłownie) i musisz nauczyć się teraz żyć bez niego. To trudne i tego się boję najbardziej.

Tak naprawdę każdy rodzic jedynaka podświadomie robi mu krzywdę. Nie specjalnie. W jaki sposób? Jedynacy nie tyle są rozpieszczani (takie bzdury też słyszałam) co po prostu… „Osaczani” przez swoich rodziców. Słowo „osaczani” dałam w cudzysłowie, bo jednak źle mi się kojarzy, a inaczej nie umiem tego nazwać. Oczywiście po części zaczęłam rozumieć takie zachowanie rodziców względem swoich jedynych dzieci, bo sama mam teraz jedno dziecko i łapię się momentami na takich sytuacjach. Rodzice martwią się ZAWSZE o swoje potomstwo. Gdy jest jedno dziecko, zamartwianie kumuluje się tylko na nim. Czy to jest dobre? Nie do końca… Takie dziecko wkraczając dopiero w dorosłość czuje się samotnie jak nigdy wcześniej. Gdy rodziców nie ma, musi sobie dać radę sam.

Przestrzegam wszystkich rodziców jedynaków przed takim obchodzeniem się z dzieckiem „jak z jajkiem”. Skutki uboczne takiego wychowania nie są przyjemne. 

Pamiętam moment, gdy jeszcze z moim P. nie byliśmy razem, ale od jakiegoś czasu już pracowaliśmy ze sobą. Usiedliśmy, zaczęliśmy rozmawiać. On nic o mnie nie wiedział. Wtedy usłyszałam od niego: „Jesteś jedynaczką. To widać”. Do dzisiaj nie wiem o co mu chodziło. Czy są jakieś cechy, które posiadają tylko jedynacy? Możliwe, że tak. Bo każdy rodzic wie, że inaczej dziecko chowa się z drugim dzieckiem, a inaczej gdy jest samo.

Kiedyś wstydziłam się tego, że jestem jedynaczką. Do pewnego wieku bardzo chciałam mieć rodzeństwo, jednak nigdy o tym nie powiedziałam głośno. Także teraz pytając moich rodziców o to, zawsze odpowiedzą, że ja nigdy nie chciałam, a im po prostu nie było dane (Jest wiele powodów, dlaczego dorośli nie decydują się na więcej dzieci).

Miałam mniej więcej 12 lat, kiedy przyszedł ten czas, że na pytanie „Nie chcesz mieć siostrzyczki lub braciszka?” odpowiadałam stanowczo „Nie”.  Wyobrażałam sobie, jak by to zmieniło nasze dotychczasowe życie. A ja już po prostu nie chciałam nic zmieniać. Przyzwyczajenie w tym momencie wzięło górę nad wszystkim. W tym okresie czasu mieszkaliśmy w dwupokojowym mieszkaniu, gdzieś z dala od miejskiego halasu. Moi rodzice i ja mieliśmy osobne pokoje (w końcu miałam własny pokój!). Mieściłam się w 9 m kw i to był mój kąt, mój świat. Potrafiłam bawić się sama. Najczęściej zakładałam słuchawki na uszy, słuchałam ulubionej muzyki i nic mnie wtedy nie obchodziło. Może to jest ta przypadłość jedynaków? Czasem potrzebują być sami, potrzebują ciszy i spokoju. Ale to wcale nie znaczy, że są DZIWNI. Pamiętajcie, że to dzieciństwo kształtuje nasz charakter.

Przytoczę Wam dla przykładu moment, gdy przez jakiś czas mieszkałam u mojego P. Ja jestem jedynaczką, on wręcz odwrotnie – ma czworo rodzeństwa. Gdy tam byłam poczułam, że to inne życie. Ja, która jestem przyzwyczajona do ciszy, nagle doszło do tego, że brakowało mi jej jak niczego innego dotąd. Wchodzili, wychodzili, trzaskali drzwiami, kolejki do łazienki jak zapisy na NFZ. Różnica była ogromna.

Nigdy nie rozumiałam, gdy inni narzekali na swoje rodzeństwo. Zawsze jak to słyszałam mówiłam: „Ciesz się. Ja nie mam rodzeństwa i żałuję”. A wtedy słyszałam w odpowiedzi: „Zazdroszczę ci”. 

Będąc już dorosłą osobą i mając małe dziecko trudno mi jest wyobrazić sobie, że za jakiś niedługi okres czasu nie będę miała chwili spokoju, do której tak zostałam przyzwyczajona.

Oczywiście nie każdy jedynak jest taki sam. Na charakter i zachowanie człowieka nie wpływa tylko to, czy miał on rodzeństwo czy nie. Obyczaje rodziny, otoczenie w tym szkoła i znajomi – to wszystko sprawia, że jesteśmy takimi, a nie innymi ludźmi.

Pozdrawiam Was serdecznie

Moje wspomnienia z czasów ciąży

Wspominając ciążę pół roku po porodzie mam wrażenie, że to są tak odległe czasy… Jednak wszystko pamiętam doskonale.

Zaczęło się od testu. To było najdłuższe 5 minut mojego życia. Tak naprawdę po 3 minutach już wiedziałam, ale te dwie dodatkowo czekałam, by się upewnić. Szkoda, że nie widzieliście mojej miny. Tego dnia nie docierało do mnie, że jestem w ciąży.

Trzy tygodnie później byłam na pierwszym USG (Tydzień 7+3) i usłyszałam bicie serduszka. Lekarz dał mi zdjęcia i zostawił mnie samą w gabinecie. Nie umiem opisać, co wtedy czułam. Jest to zbyt trudne. Nie mogę napisać, że byłam szczęśliwa. Moje emocje wtedy były podobne do strachu, poczucia, że coś się zmienia w moim życiu. Patrzyłam na zdjęcie USG, na którym było widać małą „fasolkę”. Wiecie co wtedy myślałam? Myślałam, jakie to jest niesamowite, że ja z P. stworzyliśmy życie. Patrząc teraz na to samo zdjęcie USG i jednocześnie widząc jak teraz moja półroczna już „fasolka” się uśmiecha do mnie, jak na mnie patrzy, jak wyciąga rękę do mojej twarzy, myślę, że to wszystko naprawdę jest niesamowite.

Długo trwało zanim faktycznie dotarło do mnie, że jestem w ciąży. Mimo, że od 9. tygodnia miałam mdłości dzień w dzień. Nawet nauczyłam się, że jest pewna zależność, bo tylko do godziny 11. je miałam. Od tego tygodnia zaczęły się pojawiać u mnie takie objawy ciąży jak:

-ciągłe picie i to najlepiej soku pomarańczowego (normalnie nie przepadam, ale wtedy wzięło mnie na soki pomarańczowe i piłam je hektolitrami).

-jedzenie kiszonych ogórków do kanapek, do obiadu, do filmu… etc.

-wstręt do mięsa (do jego widoku i zapachu) oraz do słodyczy. Będąc w sklepie omijałam te działy szerokim łukiem

-jedzenie mandarynek, przynajmniej 5 w ciągu dnia i zawsze przed rozpoczęciem zmiany. Nawet kiedyś koleżanka z pracy jak zobaczyła mnie z mandarynkami to stwierdziła, że już wie skąd ten ciągły zapach na zapleczu 😉

A wiecie co jest najgorsze w tym wszystkim? Pracowałam wtedy w sklepie spożywczym. Gdy widziałam, że klient kupuje kiszone ogórki to już umierałam z głodu 😉

Kończąc pierwszy trymestr, a zaczynając drugi skończyło się to wszystko. Nagle wszystkie te objawy zniknęły. Nad czym najbardziej ubolewam to to, że zaczęło mnie ciągnąć do słodyczy ;(

W drugim trymestrze właśnie (około 18 tygodnia ciąży) poczułam pierwsze ruchy dziecka. Pamiętam, że wtedy byłam po obiedzie. Przyszłam do pokoju i na chwilę położyłam się na łóżku na plecach. Moi drodzy, to był ten moment, kiedy w końcu uświadomiłam sobie, że w moim brzuchu rośnie Nowe Życie. Od tej chwili nie tylko wiedziałam, że jestem w ciąży, ale i czułam obecność malucha w brzuchu.  To dopiero coś 😉

To sprawiło, że w końcu poczułam się mamą. Zaczęłam się bardziej interesować postępem rozwoju mojego malucha. Każdy tydzień przynosił coś nowego. A ja cieszyłam się coraz bardziej 😀

Pracowałam do 23. tygodnia ciąży. Później poszłam na zwolnienie i siedziałam w domu. Jaki był powód zwolnienia? Warunki pracy nie były zgodne z warunkami jakie są dopuszczalne dla kobiet ciężarnych. Ten moment niestety wspominam niechętnie, ale chciałam o tym napisać. Chciałabym, żeby każda kobieta ciężarna znała swoje prawa w pracy. To jest bardzo ważne dla zdrowia Waszego i Waszego dziecka!

W momencie pójścia już na zwolnienie, zaczął się kolejny objaw ciąży bardziej zaawansowanej, a mianowicie nieprzespane noce. O tak, to chyba większość ciężarnych kobiet przeżywa. Bóle pleców, bóle biodra, bóle nóg (łydek), bóle brzucha…hmm jeszcze jakiś bóli nie wymieniłam? Nagle łóżko przestało być wygodne 😉 Powodów jest mnóstwo.

Można to potraktować jako przygotowanie do tych prawdziwych nieprzespanych nocy 😉 Prawdziwych – oczywiście mam tu na myśli, że dziecko Nas budzi i nie ma zmiłuj, trzeba do niego wstać.

W trzecim trymestrze pojawiła się u mnie moja Nocna Zmora, czyli zgaga. Pomagało mi zimne mleko. Piłam dwie szklanki przed snem, a w nocy jedną. Pamiętam, że był tylko jeden taki moment, kiedy zimne mleko mnie zawiodło. Ale raz na kilkaset razy to jest nic 😉

Od 30. tygodnia ciąży zaczęły się już poważniejsze schody. Mianowicie zaczęły mi puchnąć ręce, nogi, twarz… Oczywiście wiele kobiet w ciąży tak ma, więc lekarz zalecił mi trzymać nogi w górze, jeść natkę pietruszki, nie używać soli itd. Powiem szczerze, że natki pietruszki nie jem i jeść nie będę, a soli w ogóle nie używam (tylko do posolenia ziemniaków lub wody na makaron), ale nogi w górze trzymałam i … przechodziło 🙂 Oczywiście zależność była taka, że wszystko puchło po południu, a wieczorem bywało, że butów nie dało się założyć 😛 Z końcem dnia brałam nogi do góry i robiło się lepiej. Rano po opuchliźnie nie było śladu.  No i tak dzień w dzień.

Około 37 tygodnia ciąży, gdy poszłam prywatnie do ginekologa zaniepokoiło ją moje przybieranie na wadze. To już był moment, że opuchlizna po nocy nie schodziła, a to już jest niepokojące zjawisko, nawet u ciężarnej. Wtedy skierowano mnie do szpitala, gdzie usłyszałam od Pani doktor, że „pff w ciąży to normalne” oraz „dużo się słodkości jadło w ciąży, prawda?”. Mimo tych słów, które na początku zraziły mnie do tej osoby, okazała się sympatyczna. Po zrobieniu badań stwierdzono jednak, że słodkości nie mają tu nic do rzeczy, a jednak zatrucie ciążowe. Hah. Tydzień później urodziłam przez wywołanie porodu 🙂

Tak właśnie wyglądały te miesiące mojej ciąży. Oczywiście ja tutaj nie wspominam o moim P., ale chcę tylko dodać w kilku zdaniach, że był dla mnie wsparciem w ciąży i po porodzie również. Kiedy ja na początku czułam jedynie strach, On cieszył się za nas dwoje 🙂 I tak było cały czas.

:*

Test me too

Witajcie moi drodzy 🙂

Jak wiecie zaczynam swoją drogę w testowaniu produktów. Jest to dobra alternatywa dla kobiet, dla mam, które tak jak ja siedzą z małym dzieckiem w domu. Które mają wiele czasu wolnego, a nie do końca wiedzą, co z nim zrobić.

To portal, w którym wystarczy się zarejestrować, podać swoje dane, wypełnić ankietę wstępną i czekać na propozycje produktów do przetestowania.

Otwieram nową kategorię na blogu: testowanie produktów. Zapraszam każdego z moich czytelników do wspólnej zabawy 🙂

Pozdrawiam 🙂

Zmiany na lepsze w 2018 roku

Wczoraj minęło pół roku odkąd Patrycja przyszła na świat. Ale dziś wyjątkowo nie chcę pisać o dziecku, a o mamie. Będę pisać na swoim przykładzie, ale w myślach każda z Was wie na pewno o co mi chodzi, bo nie raz na pewno sama to przechodziła. Jeżeli nie, to gratuluję i…zazdroszczę.

Wczoraj, właśnie pół roku po porodzie, miałam okazję przysiąść i pomyśleć nad sobą. Pomyśleć o tym, czego sobie odmawiałam, co się zmieniło we mnie i w mojej głowie. Przeniosłam się myślami o rok-półtora wstecz. Kiedy byłam już z moim P., ale jeszcze daleko nam było do rodzicielstwa (tzn mentalnie). Stwierdziłam, że wiele się pozmieniało w Nas samych. Uwierzcie, nie żałuję, że mamy taką wspaniałą córeczkę. Nie żałuję, że założyliśmy rodzinę. Żałuję tylko tego, jak do tego wszystkiego zmieniłam się ja. O co mi chodzi? Już tłumaczę.

Otóż klasycznie chodzi mi przede wszystkim o przekładanie wszystkiego pod dziecko. Jeżeli są mamy, które mimo posiadania dziecka bądź dzieci znajdują czas dla siebie, cały czas wyglądają pięknie i promiennie to…proszę napiszcie mi jak to robicie 😉 Na brak czasu na np. zrobienie make-upu, pomalowanie paznokci czy zrobienie paru ćwiczeń nie mogę narzekać. Pati bardzo lubi się bawić na podłodze, przemieszczać się jak tylko może, ćwiczyć klęczenie do raczkowania. Lubi też bawić się w łóżeczku. Krzyczy wtedy, gdy już jej się znudzi (zazwyczaj trwa to jakieś pół godziny, czasem godzinę). Na rękach nie za bardzo lubi, więc tyle mam luzu z nią. A jednak…

To nie jest kwestia braku czasu, a braku chęci. Osoby, które obserwują mnie już od jakiegoś czasu wiedzą, że nie pracuję, siedzę w domu z dzieckiem. Zdecydowana większość mojego czasu należy do Patrycji, która ma tak naprawdę gdzieś, czy ja jestem umalowana czy ładnie ubrana czy też nie. Takie przynajmniej miałam patrzenie na to.

Mimo, że mój P. pracuje to gdy jest w domu również brakuje mi chęci, by zrobić coś dla siebie. I nad tym wczoraj właśnie myślałam. Co się do cholery ze mną stało?!

Każda kobieta chce być atrakcyjna dla swojego faceta, dla ludzi na ulicy, ale przede wszystkim dla siebie. Uświadomiłam sobie, że nie czuję tego. I w tym momencie przyszła mi do głowy myśl z postanowieniem noworocznym. Niedługo wszyscy zawitamy Nowy 2018 już Rok. Z tej okazji postanowiłam przez 365 dni opisywać na moim fanpage’u co zrobiłam dla siebie każdego dnia. Taka akcja da mi motywację do kontynuowania.

Moim głównym celem będą ćwiczenia nad sobą.

Przede wszystkim i co stawiam na pierwszym miejscu to zgubienie kilogramów i centymetrów po ciąży. Będąc jeszcze brzuchatką miałam zatrucie ciążowe pod koniec. A to był  maj/czerwiec – gorące i upalne dni, więc wyobraźcie sobie jak ja wyglądałam. Bambaryła jak sie masz 😀 Wtedy jeszcze mogłam się z tego śmiać, bo… „byłam w ciąży, miałam prawo przytyć”. Tak sobie to tłumaczyłam. Po porodzie: „No przecież kobieta potrzebuje czasu na regenerację”. Pół roku po porodzie i po wielu komentarzach, które każdą kobietę by zabolały, powiedziałam DOŚĆ! Trzeba coś z tym zrobić. Trzeba zrobić coś dla siebie.

Kolejna sprawa to makijaż. Można by pomyśleć „po co jej makijaż w domu??”. Ja tak właśnie zaczęłam myśleć, a to błąd. Wiadomo, że naturalność jest piękna i ja się z tym w 100% zgadzam. Jednak z drugiej strony uważam też, że makijaż jest sztuką. Malowanie twarzy wymaga tak samo wielkiej precyzji jak malowanie na płótnie bądź grafitowanie budynków (swoją drogą, uwielbiam graffiti, które coś wyrażają). Jeżeli kochasz naturalność i malowaniu się mówisz stanowcze NIE to ok, szanuję to. Jednak w moim postanowieniu uwzględniłam nakładanie make up’u ze względu na to, że w nim czuję się po prostu piękna. Po prostu 🙂 Dumnie jest robić coś pięknego. I o tą dumę mi też chodzi. Jeżeli jesteś dumna z siebie – jesteś szczęśiwa.

Podałam tylko dwa przykłady zrobienia czegoś dla siebie każdego dnia. A jest ich o wiele więcej. Będąc mamą nie zrezygnowałam z bycia szczęśliwą kobietą.

Zapraszam do akcji wszystkich zainteresowanych. Nie tylko mamy, ale i każdego, komu na co dzień również brakuje chęci do zrobienia czegoś dla siebie. Im więcej osób tym więcej motywacji! 🙂

Zaczynamy 1 stycznia 2018, także zapraszam do obserwowania mojego fanpage’a TUTAJ  i brania udziału w mojej akcji 🙂

Pozdrawiam Was cieplutko 😉

Testowanie produktów od Canpol babies

Nasza przygoda z akcesoriami tej firmy zaczęła się pół roku temu. Gdy na świat przyszła mała Patrycja. Na co dzień korzystamy z butelek, podgrzewacza oraz miseczki na obiadki dla Patrycji. Jesteśmy z nich bardzo zadowolone 😊
Z tego względu w tym miesiącu również zapisałyśmy się z Patrycją do testowania produktów od Canpol babies.
W tej edycji do zdobycia jest 30 mat edukacyjnych dla niemowląt „Piraci”.
Zgłoszenia można wysyłać do końca tego miesiąca (31 grudnia). Także zapraszam do brania udziału też inne mamy (i tatusiów 😉), którzy prowadzą swój blog.
Jeżeli chcesz, tak jak i ja, zostać testerem tej firmy, zapraszam do kliknięcia pod niżej podany adres. Link przekieruje Was w odpowiednie miejsce.
My czekamy, a Wam życzymy powodzenia 😊

3 miesiące!!!

Dziś, moi drodzy, mija 3 miesiące od mojego pierwszego wpisu. Cieszę się z tego, co robię. Na moim fanpage (O właśnie tutaj) niedługo będzie Was setka 😊

 W związku z tym postanowiłam pokazać Wam siebie i moją córkę Patrycję. Jak niektórzy z Was pewnie wiedzą ilość dodawanych Naszych zdjęć jest bardzo mocno ograniczona. Także dziś pokażemy się Wam z innej strony 😊

Oto ja z Patrycją. To zdjęcie było robione jakoś 3 miesiące temu, gdy na dworze było jeszcze ciepło i słonecznie. Zrobiłyśmy wtedy wiele podobnych do siebie zdjęć, jednak na każdym Pati miała inną minę. Wybrałam dla Was to najbardziej „normalne”.

Wtedy jeszcze Patrycja potrafiła przeleżeć na pleckach spokojnie. Teraz już takiego zdjęcia nie dało by rady zrobić 😈

Jej uśmiech wtedy był inny niż jest teraz. Uśmiechała się sporadycznie. Teraz, gdy więcej rozumie, więcej dostrzega nowości, uśmiecha się częściej. Mogę śmiało napisać, że moje dziecko śmieje się cały czas.😃😃😃

„Dzieci – nie myślą ani o tym co było, ani o tym co będzie. Lecz cieszą się chwilą obecną jak mało kto potrafi.”

Za dokładnie 6 dni Patrycja skończy 6 miesięcy, a już wiele potrafi. Każdego dnia uczy się czegoś nowego i utrwala to sobie. Tu na zdjęciu wychwyciłam moment jak już ładnie trzyma butelkę z piciem, który posiada uchwyty. W rzeczywistości raz jej się udaje, a raz nie. Ale utrwalając to sobie każdego dnia robi to coraz lepiej. To jest przykład jeden z wielu.

Zdjęcie zostało zrobione dokładnie 3 dni temu. Rano. Pajace zakładam jej głównie na noc, więc to musiał być wczesny ranek. Jeszcze nie była przebrana w ubrania codzienne.

Moja córka ma swoje ulubione pluszaki. Ma całą ferajne w łóżeczku, w bujaczku oraz do zabawy na podłodze. Jedną z tych maskotek jest świnka widoczna po prawej stronie zdjęcia.

A Wasze pociechy mają swoje ulubione zabawki, pluszaki bądź inne rzeczy, z którymi się nie rozstają?

 Na samym końcu mojego dzisiejszego specjalnego posta dodam swoje zdjęcie. Nie jest to wyjątkowo piękna twarz, ale ujdzie 😂

Zdjęcie zrobione jednego z tych wieczorów, kiedy to Patrycja już spała, a mój P. był w pracy. Tak wygląda matka po całym dniu 😋 i to w wersji z makijażem i filtrem 😋

Chciałam bardzo podziękować tym, którzy obserwują moje wpisy, lubią, wyrażają swoją opinię poprzez komentowanie. A są takie osoby 😘 Zachęcam innych również do tego.

Posłuchałam rady i od teraz zmieniam styl pisania bloga. Będzie on bardziej treściwy, ciekawie opisany i może częściej będę wstawiała nasze zdjęcia (choć nad tym się jeszcze zastanowię).